To były fczasy! Wczasy, urlop, prázdniny, dovolenka, jak kto woli.
Ze słowackiej przygody wróciłam spłukana, poobijana, obolała, głodna i bez naskórka na lewym łokciu, ale także opalona i co najważniejsze zadowolona.
Przez dwa dni pogoda była średnio wakacyjna, dlatego wolny czas zapychaliśmy wycieczkami po jaskiniach i innych wzgórzach, a żołądki suchymi słowackimi bułami, ale już od środy spokojnie mogłam lansować się na brzegu jednego z miliarda basenów słynnej Tatralandii. Nie ja jedna, bo tłumy turystów, głównie z Polski, wpadły a ten sam pomysł. Kolejki były zdecydowanie za długie, wrzeszczących dzieciaków o tysiąc za dużo, ale na co ja tu próbuję narzekać? Gdy leżałam na żółtym leżaku pod zielonym parasolem, zaledwie dwadzieścia metrów i jedno ojro dzieliło mnie od szklanki schłodzonego piwa, w wolnym tłumaczeniu zwanego złotym bażantem. Dwa kroki dalej czekały na mnie łóżka z jacuzzi, zjeżdżalnie mniej lub bardziej straszne, na których ludzie gubili skąpe odzienie, twarze, pontony, tudzież któregoś ze współpasażerów.
Na początku ustawiłam się w najkrótszej kolejce do rury, którą uznałam za mało ciekawą i łagodną, naiwnie wierząc w to, że właśnie dlatego nie ma na nią chętnych. Tym sposobem od razu zaliczyłam najstraszniejszą „ślizgawkę” ever, pokonując wnętrze fioletowo-granatowej tuby z prędkością równą dwudziestokrotności prędkości światła. Ulga po zakończeniu zjazdu śmierci i upewnieniu się, że mam na sobie cały kostium kąpielowy oraz wszystkie kończyny przyczepione do tułowia była bezcenna.
Coś mnie wybitnie ciągnie do fioletu, więc ponownie wybrałam rynnę w tym kolorze. Zjechałam ze stromego wzgórza nad zjeżdżalnią po drodze zahaczając lewym łokciem o purpurowe coś, na czym pozostawiłam odrobinę materiału DNA, jak wszyscy zresztą. Chwilę później prawie (prawie robi różnicę!) straciłam dół od bikini na niebieściutkiej sąsiadce fioletowej rury strachu. Trzy razy.
Ah, zapomniałabym o wyjątkowej przejażdżce na pontonie, który pod moim widocznie niewystarczająco ciężkim ciężarem postanowił zrobić STOP dokładnie w połowie ciemnego tunelu. Nie za bardzo wiedziałam co robić, ruszyć już się nie dało, więc obrałam inną taktykę, której nawet nie zdążyłam wprowadzić w życie, gdyż stumetrowy zjazd mimowolnie zakończyłam jako sandwich składający się ze mnie i pary Słowaków umieszczonych pomiędzy dwoma pontonami, co prawie widać na jednym ze zdjęć.
nech se patrzy
to be continued...
ale suuuper..
OdpowiedzUsuńOMG, tam musiało być super!!! :D
OdpowiedzUsuńKanapka najlepsza :D
zazdroszcze! ale tam bylo duzo ludzi!!!
OdpowiedzUsuńświetnie tam :D
OdpowiedzUsuńOj słyszałam o Tatralandii dużo, wygląda na dobrą zabawę!
OdpowiedzUsuńo żesz Ty w mordę! Niezłe miejsce!
OdpowiedzUsuńo kurcze, ale super tam jest!!!! zazdroszczę! chociaż ja bym się tak nie pobawiła, bo pływać nie umiem :P
OdpowiedzUsuńsuper musiało byc :) M. chce mnie zabrac do parku wodnego,ale ja sie boje,bo srednio umiem plywac :P
OdpowiedzUsuńHej,
OdpowiedzUsuńtu Marta i Agnieszka, piszemy komentarz, bo nie znalazłyśmy Twojego maila, prowadzimy bloga o makijażu www.easyMakeup.pl -
tutoriale makijażowe, nowe kosmetyki, recenzje i top 10. Spodobał nam
się Twój blog i chciałyśmy zaproponować Ci wymianę bannerów/linków
wzajemnie na naszych stronach. W zamian za umieszczenie naszego linka
lub banneru w widocznym miejscu, my zamieścimy chętnie Twój na naszej
stronie.
To naprawdę sprawdzona i skuteczna metoda promocji, więc możemy sobie wzajemnie pomóc.
Jeśli jesteś zainteresowana, daj proszę znać, pogadamy o szczegółach.
Możemy się skontaktować mailowo: blog@easymakeup.pl lub telefonicznie:
693-222-687.
Pozdrawiamy serdecznie i liczymy na owocną współpracę:)
Marta i Aga
www.easyMakeup.pl
Nie przepadam za takimi parkami rozrywki. Przede wszystkim ze względu na tłumy ale cieszę się, że Ty się tak dobrze bawiłaś. Mam nadzieję, że z Twoim łokciem jest już ok. Czekam na kolejną relację z "we wczasów" :)
OdpowiedzUsuńAle tam fajnie:))
OdpowiedzUsuńzazdroszcze!widac ze super zabawa!
OdpowiedzUsuńo rany jaka odważna, ja bym sie chyba bała takich prędkości ;)
OdpowiedzUsuń